O granicy
 

Mijamy budke, z ktorej wnetrza czlowiek w mundurze odprawia nas jednym znudzonym gestem. Gdyby nie zielony uniform na ciele i szary brud komputera za szyba, az chialoby sie poprosic o trzy piwka do konsumpcji za kontenerem.

Cut.

 

 

Jak w kreskowce science-fiction z powycinanymi na chybil trafil klatkami, przenosimy sie, Burkhard za kierownica, Bernardo z kamera oraz ja z notesem i aparatem, w swiat innej historiozofii - gdzie nawet Hegel moczylby pioro w atramencie znacznie dluzej niz to konieczne.
Ulica Armii Krajowej znikla za zakretem, a my stajemy na swiatlach przy Lutherplatz. W Polsce po reformacji slady widoczne sa juz tylko w detalach na Pomorzu, prawdopodobnie jako pamiatka po ochoczo zreformowanych ongis ksiazetach, a opor przeciwko okupantowi podczas II. Wojny Swiatowej to w Niemczech pojecie rownie abstrakcyjne jak wyrzucenie na smietnik butelki z kaucja. Buda z pieczonymi kielbaskami, pierwszym symbolem zachodu we wschodnich Niemczech, quasi templariuszowskim symbolem mentalnosci Ossi, stanela nagle w miejscu, gdzie jeszcze przed sekundami stal monopolowy z kratami barokowej metaloplastyki w oknach.

 

Piaskowy Dziadek wypchnal za drzwi Bolka i Lolka, a Nena uderzyla w twarz Gorniak. Jesli nie wiesz, czemu Weimar jest kolebka, ale nie FDJ, nie rozpoznasz po glosie Fronczewskiego - i komentarz we "Frankfurter Allgemeine" pomoze nie wiecej niz spojrzenie w przeszlosc Leszka Millera. Dlaczego? Bo brygady krasnali przy granicy sa wypierane przez bociany i blaszane skrzynki ze zlota trabka; chociaz w Polsce klasyke literatury ojczystej wydaje sie w zloconych okladkach ze sztucznej skory, a w Niemczech w ultrataniej, prawie toaetowej serii wydawnictwa Reclam.

Bat